Metalowe zakończenie wakacji, czyli Metal Hammer Festiwal 2010-08-28 Metal Hammer Festiwal jakoś do tej pory omijałem szerokim łukiem. Czy za sprawą niekoniecznie odpowiadających lineup’ów, czy też ze względu na zamiłowanie Metal Mind Productions do robienia imprez dla wszystkich i dla nikogo zarazem proponując skład Pt. „dla każdego coś miłego, zapłać jednak za wszystko”. Tak przynajmniej wspominam Metalmanie z Dawnych Dobrych Lat. Tym razem jednak zdecydowałem się odwiedzić Spodek, mimo nieco tajemniczego połączenia KoRn + cała progresywna reszta. Zresztą, co dało się łatwo zauważyć, fani byli dwojakiego rodzaju: kwiat młodzieży polskiej w koszulkach Korn oraz druga grupa – tzw.Pozostali. Na miejsce zawitałem tuż przed 14, co oznaczać niestety musiało, że Votum, które otwierało festiwal zobaczę jedynie w formie mocno okrojonej, dwukawałkowej. Niestety, a wydaje się, że grali całkiem dobrze, mimo, że dla nielicznej mimo wszystko widowni. O kolejnej kapeli, Jurojin, nie wiedziałem zupełnie nic. Panowie natomiast zapodali porcję solidnej muzyki oscylującej w okolicach Tool czy A Perfect Circle wzbogaconej dodatkowo o brzmienie orientalnych instrumentów. Jak na debiut – świetnie. Chwilę później na scenie montowali się już moi cisi faworyci dzisiejszego dnia. Katatonia. Mając w pamięci świetny koncert z ostatniego dnia marca w Krakowie, spodziewałem się, że może być tylko lepiej. Czy było?  Na pewno nagłośnienie lepsze, na pewno doskonałe światła, oprawa. Jednak… zabrakło nieco magii, pieprzu czy chemii (co kto lubi). Może dlatego, ze zagrali tak jakoś szybko, już o 15 – przez co zabrakło dreszczu wyczekiwania. Może dlatego, że od ostatniego koncertu minęło zaledwie 4 miesiące i nie zdążyłem się stęsknić? Tym razem Szwedzi swego występu nie zaczęli od Forsaker – ba, nie zagrali go wcale (a szkoda). Niemniej jednak, a co bardzo mocno mnie ucieszyło, występ zdominował materiał z moich dwóch ulubionych płyt – Great Cold Distance i Viva Emptiness. Zatem, usłyszeliśmy Soil’s Song, Leaders oraz July na koniec. Z drugiej z wymienionych płyt zaserwowano nam Ghost of the Sun oraz doskonałą, przepiękną Omerta. Utwór na który czekałem najbardziej, My Twin, usłyszeliśmy jako trzeci. Malkontenci narzekali, że Jonas nie w formie, że ledwo śpiewa. Inni krzywili się mówiąc o nagłośnieniu. Ja natomiast – chłonąłem muzykę całym swoim ciałem. I choć słoń mi na ucho nie nadepnął, nie zwracam uwagi na takie szczegóły. Gdybym chciał posłuchać sobie muzyki w absolutnej ciszy i idealnym nagłośnieniu, zasiadłbym bowiem w fotelu i odpalił płytę w stereo. Na koncerty przychodzę po coś innego. Kończąc dygresję dodam jedynie, że koncert bardzo udany, krótki, ale treściwy. Nie zabrakło niczego, bowiem ponad wymienione usłyszeliśmy jeszcze nieco staroci (jak Saw You Drown) oraz nowości (The Longest Year). Jak dla mnie, osobiście ishowo, koncert nieco (ale tylko nieco) słabszy niż na wiosnę. Na plus setlista i oprawa świetlno-dźwiękowa, na minus atmosfera i klimat (a raczej jej brak). 4 z małym plusem. Pain of Salvation rozpoczęło blok najbardziej progresywny tego wieczoru.  Jako, że ich twórczość jest mi obca, toteż tytułów utworów wymienić w stanie nie jestem. Niemniej jednak PoS został przyjęty i oceniony bardzo pozytywnie. Niemal żałuję, że spędziłem ich koncert w orbitalnym barze na zewnątrz Spodka wlewając w siebie nieco złocistego paliwa. Kolejni na scenie zaprezentowali się chłopcy z Riverside.  Wyraźnie widać było, że spora część ludzi przyjechała tam głównie dla nich. Ja sam straciłem kontakt z kapelą ponad 3 lata temu, zatrzymałem się gdzieś w okolicach debiutu czy też Voices In My Head. Toteż nie dziwi fakt, że zaprezentowanej twórczości nie znałem wcale – a to dlatego, że koncert składał się głównie (jeśli nie „jedynie”) z ADHD. Dla mnie osobiście - progresywne nuuuudyyyy. Ale wiem, że koncert się podobał. Nie spotkałem się bowiem z negatywną opinią na temat ich występu. Sam natomiast zaobserwowałem jak bardzo Riverside zmienił się na scenie – z chłopaków grających za parę piw i groszy w krakowskim Zaścianku w facetów grających na największej scenie w Polsce. Pełen podziw za profesjonalizm i gratulacje sukcesu! I zawsze to miło, kiedy Mariusz zwracał się do tak wielkiej publiczności po polsku – niemal zapomniałem jak to jest (tylko Behemoth jeszcze mi o tym przypomina). Koncertu nie oceniam, bom w tej kwestii niekompetentny.  Powoli zbliżał się jednak czas na największe gwiazdy tego festiwalu. Choć, z drugiej strony można powiedzieć, że festiwal składał się, niemal, z samych gwiazd. Szwedzki Opeth dane mi było widzieć już 3 razy, z czego 2 ostatnie w ciągu jednego tygodnia na Brutal Assault XIV i Summer Breeze – oba przed rokiem. I muszę przyznać, że nie wiem, jaka to kapela grała tam, wtedy – ale na pewno nie ta sama, która dziś w Spodku.  Ale może po kolei. Zaczęło się od delikatnego Windowpane – idealnie wprowadzało w opethowy nastrój. The Grand Conjuration, które nastąpiło tuż po, jakoś zlało mi się w muzyczną maź i nie wywarło wrażenia. Niemniej jednak później przenieśliśmy się do Czasów Dawnych, do Blackwater Park – a tam czekało już na nas The Drapery Falls. Ale i tego się spodziewałem mając w pamięci koncerty sprzed roku. Jeden staroć musi być, dla przyzwoitości. Kiedy jednak przenieśliśmy się wstecz jeszcze bardziej, do Still Life, coś zaczęło robić się podejrzanie. Niesamowite The Moor sprawiło, że ciary po raz pierwszy przeszły po całym ciele. Po raz pierwszy, jednak nie po raz ostatni.  Pomyślawszy, że szczęścia aż nadto i zaraz uraczeni zostaniemi plumkaniem z Watershed – jak bardzo się pomyliłem, kiedy Mikael zapowiedział kawałek ponownie z Blackwater Park - Bleak. Niesamowity kop energii przeplatany delikatnym i czystym wokalem ukołysał. Czas występu nieubłaganie dobiegał końca, oczekiwałem więc na grane zwykle w takim momencie Deliverance. I znów, po raz kolejny, pomyliłem się. Zanim nastąpił wspomniany utwór, Mikael zapowiedział kawałek napisany gdzieś na kolanie w hotelu w Gotheburgu, sto lat temu. Demon of the Fall. Brak słów, by opisać emocje targające moim sercem, ciary przechodziły przez całe ciało, a włosy jeżyły się na rękach. Oto, dlaczego warto chodzic na koncerty, nawet jeśli kapelę się już widziało. Po 7 latach usłyszałem ten kawałek po raz drugi w swoim życiu – i warto było tam być choćby dla tego uczucia, kiedy całe ciało odpływa.  Opeth – największe zaskoczenie tego wieczoru. Absolutnie świetny koncert, zdecydowanie najlepszy na festiwalu. Doskonały kontakt z publiką, ogromny, pozytywny dystans do siebie – ale to zasługa 20 lat na scenie. I tylko trochę żal, że to już ostatni- bo jak zapowiedział Akelferd, Opeth robi sobie dłuższą przerwę od koncertowania. Dobra wiadomość jest jednak taka, że powrócą. A wtedy, mając w pamięci koncert jak tam, wybiorę się tam na ponów. Gdybym miał ocenić ich występ, nie mógłbym się posłużyć skalą szkolną, jak zwyczajowo to robię. Powiedziałbym o Opeth: ale urwał! Po ostatnich uderzeniach bębnów w Deliverance festiwal mógłby się zakończyć, a i tak uznałbym że był świetny. Ale nie! Czekała na Nas jeszcze największa spośród gwiazd tej Nocy – amerykański Korn.  Korn zmaterializował w spodku swoim występem ogromnej wielkości strzykawę, w której była ENERGIA w czystej postaci. I tę strzykawę Jonathan wbił Nam wszystkim w tyłek powodując, że chcąc niechcąc ten wielotysięczny tłum począł falować, skakakać, wrzeszczeć. Dawno nie widziałem tak ogromnej rzeszy rozskakanych ludzi – miałem wrażenie, że skaczą nawet wtedy gdy kapela nie gra. Sama kapela – pełen profesjonalizm na scenie. Totalny czilaut i fan.  Charakterystyczny statyw mikrofonu Jonathana, diabolicznie wyglądająca perkusja, Jack Sparrow grający na basie i facet żywcem wyrwany ze Switu Żywych Trupów na gitarze. I choć fanem nie jestem rozpoznałem Right Now otwierające występ, Freak On A Leash czy Falling Away From Me. Nie trzeba jednak nim być, by widziec, ze kapela rozp@^#@^ ("rozpoczęła proces destrukcji Spodka"). Było gorąco, było ostro, było ciężko – jak trzeba.  Tak oto przedstawia się w moich oczach Metal Hammer Fest, edycja Anno domini 2010. Przypomniały się dawne dzieje, kiedy to Metalmania miała swój coroczny przysiółek w tym miejscu. Ale też pokazał, że można, mimo wszystko, w tym kraju zrobić festiwal z prawdziwego zdarzenia. Tylko żeby jeszcze piwko było na miejscu i ochrona złożona z ludzi. Zapraszam do podzielenia się opiniami, ish
|
Pełnia Lata, koniec wakacji - czas na najlepsza metalowa imprezę roku. To czas, by przemierzyć 1000 km w kierunku zachodzącego słońca - do miejsca gdzie frankońskie lasy widoczne są z bawarskich łąk i pól.
To czas na Summer Breeze!
Nieprzerwanie, od 1997 na rolniczej ziemi w okolicach Dinkelsbuhl na 4 dni zjawia się czołówką metalowego światka. Gwiazdami uświetniającymi tę edycje były bez wątpienia Children of Bodom, Hypocrisy, Gorgoroth i Dark Tranquillity. Czyli - można powiedzieć, cały Półwysep Skandynawski przybył tu swymi drakkarami. I nie zawiedli - ale o tym - w swoim czasie.
Dzień 1.
Polska horda dotarła na miejsce wyjątkowo wcześnie tego roku - we czwartek, tuż po 13. Rozbijanie namiotu i powitalnego grilla umiliły grające kapele: Barren Earth, Dream Evil oraz Napalm Death. Powodem, dla którego obozowisko zostało opuszczone był fiński 69 Eyes.

Powodem dodam, chybionym. Choć dla fanów gatunku - pewnie fajnie. Dla mnie - muzyka ni to HIM ni to Charon, ale za to z Elvisem na wokalu. 3+.
Gdy po nich swój show zaczęli bardzo lubieni na ziemiach germański Die Apokaliptiche Reiter my skierowaliśmy kroki ku Party Tent, gdzie kolejni Finowie (tym razem jednak nieco mniej zniewieściali) mieli zaraz rozpocząć koncert. Po dużym niedosycie pozostawionym ostatniego dnia marca w Krakowie, miałem nadzieje, ze Swallow the Sun, w chwale odkupi tamten dzien. Tak się jednak nie stało. Materiał bardzo mocno zdominowany przez ostatnia płytę, która co by tu dużo mówić, nie jest płytą na miara Hope, o The Morning Never Came nie wspominając. Sprawa to jednak subiektywna, zatem dodam li tylko, że ze staroci usłyszeć można było These Hours of Despair.

Z nowości, bo tytułów nie pomne, - New Moon. Zatem niedosyt tylko pogłębiony, jednak cóż to, skoro lada moment (jeszcze tylko Obite Wary) i na scenie zobaczę kapele na którą czekać mi było lat 8.
Dark Tranquillity. Jeden jedyny koncert na polskiej ziemi okazał się dużym rozczarowaniem dla kapeli. 8 października ad 2002 kapela przyjechała zarejestrować swój koncert w okrytym chwałą studio TVP na krzemionkach. Koncert wówczas dali rewelacyjny (dsyłam do DVD), jednak liczba ludzi, którą została na ich występ to zaledwie garstka. Za mało jak na kapele tego formatu. Za mało, by jeszcze kiedykolwiek później powrócić do Polski, mimo, ze od tamtych dni dzieli nas juz 8 lat i 4 długogrające płyty.

Tyle historii, powróćmy zatem do Dinkelsbuhl. 21.35 i na scenie juz widać mistrzów melodyjnej, tzw. szwedzkiej (goetheburskiej) szkoły death metalu. Na dzień dobry dostaliśmy kopniakiem w postaci ThereIn, by po chwili poprawić Inside the Partical Storm, Lesser Faith, Focus Shift. Każdy dobry koncert to też powrót do dawnych dziejów - nie inaczej było i tej Nocy. Kiedy klawiszowiec zszedł ze sceny, czułem przez skore, ze zaraz usłyszymy miażdżącą dawkę decybeli. Pochodzący z The Gallery Punish My Heaven doskonale przypomniał mi, za co pokochałem tę kapele. Szaleństwo i obłęd, wrzask i ścisk - tak najlepiej oddać można klimat tego utworu. Jak by komu było mało, DT poprawiło utworem tytułowym z tejże płyty. Usatysfakcjowanym, choć do szczęścia zabrakło nieco.

Choćby - więcej The Projector czy cokolwiek z The Mind's Eye ( i ukochane Insanity’s Crescendo czy totalne plugawe szaleństwo przy Zodijackyl Light). Nieco odpoczynku i refleksji przyniosło Misery Crown, wszystko po to, by zejść ze sceny w blasku reflektorów będąc żegnanym przez tysiące klaszczących dłoni po ostatnim utworze tek Nocy - Terminus, czyli klocki lego.
Kto wie, to wie, kto nie wie, niech odpali YouTube. Klocki lego pozamiatały kończąc najświetniejszy koncert tegorocznej edycji SB.
Dzień 2.
Dzień drugi, poza dziwna suchością w gardle i tysiącem stopni w namiocie o 8 rano, przyniósł występy kapel jak Orphaned Land, Long Distance Calling czy tez Dying Fetus. Zapewne koncerty udane być musiały, jednakowoż osobiście nie dane mi było sprawdzić. 2.00 w nocy na Orphaned Land była poza moja granica świadomości i wytrzymałości. O Long Distance Calling grających do 4. nad ranem nie pomne. Natomiast, co udało się zobaczyć to m.in. doskonale koncertowo Ensiferum. Deja Vu z koncertu sprzed 2 lat, kiedy z nieba lał się żar, wokół w powietrzu tańczyło bawarskie siano, na scenie Finowie w spódnicach jeszcze bardziej podgrzewali atmosferę. Nie inaczej było tym razem: Blood is the Price of Glory z Victory Songs, czy tez niesamowite, totalnie oszałamiające One More Magic Potion.

Koncert zakończony najbardziej chyba wyczekiwanym utworem Iron z płyty o tymże samym tytule. Ensiferum rozwaliło potężnie. Piąteczka.
Grająca po Finach Anathema nie miała łatwego zdania. Mając w pamięci absolutnie doskonały koncert sprzed lat dwóch, kiedy to Liverpoolczycy zamykali swoim występem festiwal ad. 2008 z doskonała improwizacja. Rzeźnika na scenie (ale o tym innym razem...) zadanie było awykonalne. Dodać do tego wczesna porę koncertu (17.00), 30 stopni w cieniu i przede wszystkim ostatnia nieco tajemnicza płyta - a skwitować można 'no fuckin way'. I, niestety, tak było.

Mimo świetnego Deep na początek, Fragile Dreams na koniec, mimo Lost Control czy Closer - nie dało rady. Jedyny wzruszający moment tego koncertu, to A Natural Disaster - znów z Lee na wokalu, głownie za sprawa pięknego tekstu. Poztywnie, poprawnie. Aż tyle i tylko tyle.
Kolejni - Cannibal Corpse - zagrali jak należy. Bezkompromisowa dawka ciezkiej napierdalanki spełniła oczekiwania. Moje również, na pierwszym i jednocześnie ostatnim kawałku :]
Po krótkiej przerwie regeneracyjnej, przyszedł czas na szwedzkie Hypocrisy. Jedna z gwiazd piątkowej nocy nie tyle nie zawiodła, co dala świetny koncert. Nie pomnę granych utworów, jednak sama muzyka nie pozostawiała nic do życzenia. Hypocrisy oglądałem z doskoku, czekając tak naprawdę na występ Norwegów z Gorgoroth. Ci również nie zawiedli - ale czego w sumie obawiać po kapelach takich formatów? Krew, siarka i rogi - czyli to, co blackmetalowcy lubią najbardziej.
Dzień 3.
Dzień trzeci, poza wcale juz niedziwną suchością w ustach, przyniósł przede wszystkim parę muzycznych niespodzianek. Udanych niespodzianek, co ważniejsze. Pierwszą z nich, była pierwsza kapela grająca tego dnia - o barbarzyńskiej nieco godzinie, jaką była 11 rano, do śniadaniowej jajecznicy zagrał Belakor.

Kapela wcześniej mi nieznana, a przybyła z odległego (w zasadzie dalej się chyba nie da) Kangurowa. Australii znaczy się. Antypodzianie zapodali kuracje przeciwkacową polegającą na wystawianiu delikwenta na działanie dużej dawki decybeli podanej w postaci melodyjnego, klawiszowego grania z deathowym pazurem. Wystep zaskakujący, co świetny. Pomimo młodej pory, publiczności jakiej zgromadzili, nie powstydziłyby się kapele grające dużo później, bardziej również znane.
Po Belakor wystąpiła kolejna dla mnie niespodzianka muzyczna. O The Foreshadowing wiedziałem tylko tyle, ze warto iść posłuchać. Plotki tym razem okazały się prawdą, a na scenie zobaczyliśmy doom gothic metal z profesjonalnej półki. Krotki czas występu rekompensował dobrze dobrany set i eleganckie gothyckie wdzianka :)

Leaves Eyes, Poisonblack czy tez Sepultury nie udało się zobaczyć, – choć Korzenie tej ostatniej, jak najbardziej słyszalne były na całej rozciągłości festiwalu. Również i w okolicach Party Tent, gdzie popołudniową porą miał zagrać islandzki Solstafir. Tym razem pokonali sami siebie – i każdą inną znaną mi kapelę – zagrali bowiem 2 (słownie: dwa utwory).

Szczegół w tym, że to utwory trwające kilkanaście minut (Ritual of Fire – minut piętnaście). Niemniej jednak, już bez żadnej szydery, Solstafir zagrał świetny koncert. Jeden z lepszych na tym festiwalu. Dwa utwory – jednak rzeczowo i na temat. Nie można było być zawiedzionym.
Zaraz po Solstafir gnać trzeba było na Pain Stage, gdzie urzędować mieli jedni z bardziej oczekiwanych – Finowie z Korpiklaani. I, przyznać należy z całą mocą, nie zawiedli. Miarą, jaką tu stosuję, jest liczba przelatujących nad głową ludzi trudniących się w wolnych chwilach festiwalowym body diving.

I chyba tylko Dark Tranquillity mogło równać się tej liczbie surfujących w muzycznym uniesieniu ludzi ponad głowami innych – choć i tego pewien być nie mogę. Leśny Lud zagrał jak oczekiwano – wesoło, akordeonowo i na temat. Fanem nie jestem, toteż tytułów utworów nie pomnę – jednak sądząc po ogólnej ekstazie wokoło – sądzę, że to udany koncert.

Finowie wciąż grali, kiedy pokierowałem swe kroki w kierunku Party Tent, na ponów. Tym razem na scenie prezentowali się Szwedzi z Manegarm. I jak nie omieszkał się podzielić ze mną opinią przypadkowy mieszkaniec landów germańskich – kapela dużo lepsza niż Korpiklaani. O gustach jednak dyskutować nie wypada, toteż ucinając temat powiem jedynie: muzycznie – dużo bliżej mojego serca, jednak technicznie i zawodowo Finowie pobili Szwedów.
Po Manegarm nastąpiła, na szczęście, chwila przerwy. Przebolawszy Warbringer oraz Sick of it All napełniłem na ponów zasoby energii wyczekując z niecierpliwością Surprise Act – którym, niestety, okazał się jedynie niemiecki komik, kabareciarz (?) – na pewno nie żadna kapela. Rozczarowany utopiłem żale w kuflu, albo dwóch, lokalnych bawarskich specjałów, tymże samym omijając Dark Funeral. Nagrodą dla cierpliwych tego wieczoru, ostatniego zarazem, byli Finowie ( a jakże! ) z Children of Bodom. I tutaj również przyznać muszę, iż fan ze mnie żaden, toteż zupełnie spokojnie, nieco na uboczu obserwować koncert miałem sposobność. Liczba body diverów dobiła do Korpiklaanowej, zatem uznać można, że koncert był udany.

Children of Bodom szybko jednak ustąpili miejsca drugiej z najbardziej oczekiwanych gwiazd letniego metalowego święta – smutnolgnącym Anglikom z My Dying Bride.
A Ci – zaczarowali. Przez zaledwie godzinę uspokoili szalejące serca tysięcy zgromadzonych fanów wlewając w ich sercach porcję melancholii w swej najczystszej postaci. Próżno porównywać ich występ z ziomalami zza miedzy, z Liverpoolu ( z Anathemy, rzecz to jasna ). Bowiem: istnieją koncerty, których po prostu nie wypada grać przed zachodem słońca. Nie i już. Tłumaczenia są zbędne. I o ile Anathema czarowała jak mogła, to atmosfera pozostała lekka i wesoła niczym letnia bryza. My Dying Bride, mając za sojusznika Noc i Księżyc niemal w pełni zadanie miał dużo bardziej ułatwione.

I choć set mało romantyczny rzec można – bo i Turn Loose the Swans jak i Vast Choirs – czyli, jak napomniał sam Aaron, pierwszy utwór jaki kiedykolwiek napisali – były bardziej brutalnie aniżeli melancholijnie. Niemniej jednak Wreckage of My Flesh, o She is the Dark nie wspominając, dopełniły reszty. Koncert z pewnością magiczny. W magicznym miejscu i czasie. Doskonałe nagłośnienie, światła idealnie zgrane z muzyką, kapela w najwyższej formie. Aaron oddający całe swoje jestestwo muzyce, wijący się na scenie, oplatający się sznurami (no dobra, kablami od mikrofonu uczyniły ten koncert wyjątkowym. Godnym zapamiętania. I nawet brak mojego ukochanego The Cry of Mankind nie zaburzył odbioru tego świetnego koncertu. Albowiem wiadome mi, że utwór ów zaplanowany był na sam koniec tak i koncertu jak i festiwalu. Szkoda, że Ordnung muss sein i My Dying Bride zakończyło punkt o 1.00 w nocy, jak planowane. Szkoda, bo nikt już po nich grał, nikomu się nie spieszyło. Nawet muzykom.

Summer Breeze 2010 to impreza zdecydowanie udana. Nie mam porównania do tegorocznego Brutal Assault, jak rok temu – niemniej jednak,d la mnie osobiście, to metalowe święto roku. I nie ma znaczenia, że gorzej niż rok temu, gorzej niż dwa. Więcej VIPów, dziennikarzy to większe kolejki do pryszniców, mniej kapel skorych do rozmowy. Summer Breeze to wciąż żelazny punkt na festiwalowej mapie Europy.
---
a wszystko to był spisał:
Krzysztof Raś / ish@radiopanteon.p
Cryptic Tales – Po ostatnich 2 koncertach, które widziałem, miałem lekką obawę jak zespół zaprezentuje się jako suport dla tylu wspaniałych kapel. Widać (słychać) było jednak, że chłopaki spięli się przed występem i nadrobili sporo braków w zgraniu. Na pewno odbiór ich muzyki był utrudniony, jak to na pierwszych kapelach festiwalowych, gdyż dźwięk był nie do przyjęcia. Była jedna wielka stojąca ściana dźwięku. Klawisze brzmiały jak klaksony zdenerwowanych kierowców. Mimo wszystko zespół godnie się zaprezentował, emanował pewnością siebie i w moich oczach obronił swoją obecność na tej scenie.
Virgin Snach – Tu jakość dźwięku o niebo była lepsza. Tym bardziej, że na Cryptic stało przed sceną może 30 osób. Widać Sali koncertowej najbardziej służy tłum. Poza szerokim wachlarzem wokali „Zielonego”, który nie pozwala się nam znużyć ani na chwilę, miło było posłuchać a nawet popatrzeć na kunszt gitarowy „Grysika” i Jacka, co również dodaje atrakcyjności ich występowi. Spora ilość fanów znała dobrze utwory Virginów i nie tylko takich szlagierów znanych z teledysków jak „Purge my stain” Co prawda na początku „Zielony” odgrażał się ze sceny, że jak na Kraków to cienko – jednakże mniej więcej w połowie występu nadeszła fala kulminacyjna ludzi z zewnątrz – na szczęście była to świeża krew żądna zabawy.
Vader – Można by się rozpisywać i trzepać tą samą dziennikarską pianę od lat. Cóż … bez niespodzianek. Piątka z plusem- idealnie zagrany koncert, jak to Vader. Show na najwyższym poziomie i przyczepić się nie ma o co. Widać zmiany personalne ostatnich lat wcale nie wytrącają ich z pozycji światowej czołówki. Jeśli ktoś już widział Vadera w akcji to wie doskonale jak było.
Marduk – Po szybkiej próbie dźwięku pogasły światła na scenie i … nic się nie działo. Nie działo się baaaardzo długo. 3 Razy włączano maszyny do dymu i trzy razy dym rozpłynął się w znudzoną przestrzeń. Zwarzywszy na ilość zespołów tego wieczoru było to zmarnowanie sporej ilości czasu. Wreszcie wyszli. Moje subiektywne wrażenie jest takie, że wybrali na ten koncert swoje najwolniejsze utwory, a te, które są na płytach szybkie zostały zagrane dużo wolniej. Brzmieli generalnie jak stary konserwatywny Black ze zwalistym charczącym, brudnym brzmieniem. Miałem wrażenie, że tego typu muzyka nie ma już tylu fanów co kiedyś, jednak widzów skandujących „Marduk, Marduk!” nie brakowało, choćby ze względu na klimat, który potrafili stworzyć na scenie.
Pestilence – Nieprawdopodobny występ! Wszyscy długo będą wspominać ten koncert z wypiekami na twarzy. Pogrom i zniszczenie. Nawet nie znając utworów nie dało się ustać w miejscu. Kto nie znał i tak był oczarowany. Mam też wrażenie, że sam zespół nie spodziewał się takie przyjęcia. Wokalista zadawał zagadki na temat utworów a publika bezbłędnie wymieniała tytuły. Gitarzysta wyszedł za scenę i wrócił z kamerą i filmował nas ze sceny szczerze zafascynowany. Nieprawdopodobna technika, zgranie i ogień. To mój drugi koncert Pestilence po reaktywacji i znów mam straszne uczucie braku utworów ze „Spheres”. Ja rozumiem, że ciężko jest przenieść je na scenę ale głód i niedosyt zawsze będzie. Za to brak grania utworów z „Testimony….” Nie potrafię wytłumaczyć! Znalazł się jeden utwór tego wieczoru „Land Of Tears” z dośc okrojonym środkiem. Generalnie niezapomniany występ.
Death Angel – Moja ignorancja i totalny brak wiedzy na temat tej ekipy nie pozwala mi na napisanie niczego sensownego. Dodam tylko, że występ był bardzo energetyczny, głównie ze względu na samych członków zespołu, którzy zapewnili nam ogromna dynamikę ruchu scenicznego. Myślę, że idzie to dość mocno w parze ze stylem muzyki jaki prezentują. Patrząc po reakcji fanów, musieli wyjść genialnie.
Deicide – Tu od razu należą się pokłony jak Deicide potrafi wiernie oddać klimat utworów z płyt! Po prostu płynę razem z utworami niemal zapominając, iż jestem na koncercie. Głównie dotyczy to starych utworów, jakoś w te nowe nie potrafiłem się wczuć. Pytałem o to innych fanów zespołu i spotkałem się z kilkoma podobnymi zdaniami. Duże brawa należą się również za wokale, które idealnie odwzorowywały to co się dzieje na płytach, nachodzące na siebie, często dość szybkie, raz wysokie skrzeki a raz niski bełkot. Widać i słychać, że kondycja zespołu jest na najwyższym poziomie!
Duże uznanie dla organizatora za całkiem dobrą organizację i logistykę sceny. Musze pochwalić nagłośnienie (oprócz Cryptic Tales). Skrytykować musze mocno oświetlenie a raczej jego brak. Trudno robić zdjęcia czy poczuć klimat koncertu przy czterech czerwonych „lampeckach” jeśli pozostałe 50 jest zgaszona. Spróbujcie poczuć moje rozgoryczenie przy kręceniu ustawieniami aparatu, próbując zrobić dla Was zdjęcia. Kilku desperatów w fosie przed sceną po prostu włączyło lampy błyskowe, namiętnie waląc muzykom po oczach… Zdarzyło się kilkakrotnie, że więcej świateł włączono w momencie gdy pojawił się sygnał do opuszczenia fosy. Kogo mam za to udusić? Ktoś powinien pomyśleć, że na pierwszych dwóch utworach warto doświetlić scenę „pod zdjęcia” Wkrótce pojawi się galeria zdjęć.
Kuba Morawski.
Post(na) niedziela w Krakowie - Age Of The Fifth Sun European Tour 2010 16 maja anno domini 2010, to ósmy dzień z rzędu ulewy w Krakowie. To też jednak dobry dzień - ze względu właśnie na nieco przytłaczający już deszcz - na koncert postrockowy. Po 8 miesiącach God is an Astronaut ponownie w Polsce, gdzie odwiedzili Poznań, oraz Kraków. Wydarzenie miało miejsce w nieco tajemniczym dla mnie klubie - Kwadrat - nie wiadomo gdzie i niewiadomo dlaczego tak daleko. Spodziewając się kolejnego marnego miejsca, jakież miłe było moje zaskoczenie, że coś, co z zewnątrz wyglądało jak market Biedronka, w środku oferowało kawał dobrego, utrzymanego w klimatach industrialnych klubu. Moim skromnym zdaniem miejsce może spokojnie konkurować z najlepszym chyba, z braku laku, klubem Studio, a z pewnością przewyższa porównywalny katowicki Mega Club.

Pierwsze zaskoczenie wieczoru - o, zaczęło się o czasie, jak w Europie. KnockOut Productions znów stanęli na wysokości zadania. Dobry klub, niezłe nagłośnienie, punktualny start, krótkie, 20 min zmiany. Pierwsi na scenie zaprezentowali się bostończycy z Junius. Nie ukrywam, że na ich występ czekałem równie mocno co na Astronautów. Rozpoczęli od przysłowiowego pieprznięcia w postaci Stargazers & Gravediggers. Cała setlista jednak, niestety, nie była zdominowana przez A Martyrdom of a Catastrophist. niemniej jednak usłyszeliśmy dwa kawałki z tejże płyty ze świetnym, niemal popowym The Antediluvian Fire na sam koniec. Nieco uspokojenia, przy dość potężnej porcji gitar, przyniósł utwór Letters from Saint Angelica - ale tylko po to by złapać oddech przed A Word Could kill Her. Koncert bardzo dobry, energetyczny, pozytywny. Miałem wrażenie, że Panowie stresują sie bardziej niż panie nalewające piwo za barem - co chwila, niemal przestraszeni, że nie zostaną zapamiętani wspominali, ze są z Boston, Masacziusets :) Żadnego gwiazdorzenia, normalni ot faceci grający kawał dobrego ciężkiego melodyjnego rocka.

Po krótkim, 30 minutowym występie przyszedł czas na Butterfly Explosion. ich twórczość poznałem dokładnie w tym samym momencie, co Junius. W zderzeniu jednak, Motyle wypadają słabiej, muzyka dużo delikatniejsza, całkowicie pozbawiona wokalu. Koncert jednak mnie pozytywnie zaskoczył, niemniej jednak i tak pozostał najsłabszym tamtej nocy. Pozytywnie - bo to, co na płycie z odtwarzacza wydaje się shoegezowym plumkaniem delikatnym niczym uderzenie skrzydeł motyla w porannej rosie, na koncercie zyskało wymiar mocniejszy, potężniejszy. Nie rozwalili, ale i nie zawiedli. Carpark - największy plus.

Tuż po 21, zgodnie z planem, na scenie montowali się Astronauci z Wicklow. Jednym z pierwszych utworów był wprawiający w delikatne kołyszące upojenie Fragile. Jednak kołysanie szybko się skończyło. Irlandczycy zapodali potężną dawkę decybeli i energii. Postrockowa muzyka to klimaty niby nastrojowe i delikatne - na koncercie jednak to diabeł ukryty - przynajmniej w przypadku God is an Astronaut. Publika szalała przez cały występ (polecam Echoes i Forever Lost na YT) - i o ile na Junius i Butterfly Explosion miejsca pod scena było sporo - o tyle teraz - ścisk, pot i żar. Utwory, które cieszyły najbardziej to Forever Lost, Dust and Echoes oraz Fire Flies and Empty Skies z subiektywnie najlepszego albumu All is Violent All is Bright. Zwłaszcza ostatni w wymienionych, zagrany na sam koniec dołożył do pieca i był muzycznym spełnieniem. I nawet jakoś wizualizacji nie brakowało.... można było spokojnie zamknąć oczy i dać unieść się Muzyce.

Koncert oceniam bardzo pozytywnie. Nie było to jakieś misterium czy też spełnienie muzycznych marzeń. Ale, subiektywnym okiem patrząc, był to kawał dobrej zabawy. God is an Astronaut - dużo lepiej, moim skromnym zdaniem niż we wrześniu w Manggha, nawet pomimo: braku astronautycznej telewizji oraz wyjątkowo krótkiego setu (ledwo 70 min...). Junius - pozytywne zaskoczenie, idealnie rozgrzewający środek na tak deszczowy i zimny dzień. Butterfly Explosion - najbardziej eteryczni, shoegezowi - to moment na złapanie oddechu i skumulowanie sił.
Zapraszam bardzo serdecznie do galerii Radia Panteon, gdzie możecie znaleźć więcej zdjęć z tej postnej niedzieli!
Rotting Christ, Lost Soul, Crionics, Naumachia, Strandhogg – Bydgoszcz, Klub Estrada, 22.04.2010
Dzięki wydaniu najnowszej płyty - „Aealo” Rotting Christ zawitał do naszego kraju na małą trasę. Planowano aż jedenaście koncertów, co jest nie lada gratką dla fanów tej formacji, z czego niestety cztery zostały odwołane. A tak na marginesie, to nie często zdarza się coś tak wielkiego, bo ile zagranicznych zespołów uczyniło coś podobnego w przeszłości? Odpowiedź na to pytanie zostawię na kiedy indziej, teraz zajmę się sprawozdaniem z jednego z występów tej greckiej grupy.
Dzięki uprzejmości sił wyższych miałem możliwości zobaczyć Rottingów w Bydgoszczy w klubie „Estrada”. To było moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem jak i z tym miejscem. Knajpka ta wypadła pozytywnie i jeżeli ktokolwiek z was będzie miał możliwości odwiedzenia jej w przyszłości na jakimkolwiek koncercie, polecam. Ostatnimi czasy występy metalowych zespołów w klubach polski to jedna wielka żenada, coraz rzadziej zdarza się, by nagłośnienie było w porządku, coraz częściej zaś, że wychodząc z jakiegoś tam koncerciku słyszymy przez pewien czas przeciągły pisk w uszach, przez to podzielamy los akustyka, który jest głuchy. No ale do rzeczy...
Wieczór otwierał występ poznańskiej grupy black metalowej Strandhogg. Znałem dobrze wcześniej wyczyny tych blackowców i mówiąc szczerze, czekałem na ich przedstawienie. Nie zawiodłem się. Było czarno, agresywnie, wręcz morderczo. Półgodzinny set w ich wykonaniu był klasycznym obrazem czarnej sztuki, bezprecedensowym kopem w krocze. I choć reakcja publiki nie była zbyt entuzjastyczna, gdyż ludzi szalejących pod sceną można by policzyć na palcach dwóch dłoni, to jednak nie zmienia faktu, że dali czadu. Poza tym grupa ta nadal jest mało znana w naszym małym kraiku, więc to naturalne.
Zaskoczeniem dla mnie był widok wokalisty, gdyż z tego co pamiętałem człowiek, który czynił wcześniej honory w Strandhogg był łysy, a tu widziałem pana w długich włosach. Po koncercie okazało się, że to nowy nabytek. Michal przyszedł z Carpe Octem, innej poznańskiej formacji i muszę przyznać, że wpasował się w Strandhogg całkowicie. Kawałki, jakie mogliśmy usłyszeć to głównie kompozycje z ich pierwszej płyty - „Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis)”, ale nie tylko. Jednym z nich był utwór z ich jeszcze nie nagranego wydawnictwa, które ma ukazać się pod koniec roku, będzie to EP-ka o tytule „In Eternal Fire” Poza tym, na sam koniec, dostaliśmy cover Slayera – Black Magic.
Po szybkiej wymianie sprzętu i małej próbie dźwięku, na scenę wkroczyli panowie z Naumachia. Występ ich był najgorszym ze wszystkich tego wieczoru, co było widoczne w reakcji widowni. Wszyscy stali od sceny w odległości trzech metrów, tylko patrząc i słuchając ściany dźwięku z której co jakiś czas wydostawały się jakieś czytelne nuty. Można powiedzieć jedno, że proporcjonalność bawiących się ludzi jest wprost proporcjonalna do jakości zespołu. Niestety spektakl w ich wykonaniu był książkowym przykładem spartolonej akustyki. Wszystko było za głośno. Dziwi najbardziej to, że poprzedzający Naumachie, Strandhogg brzmiał znakomicie. Nie mam nic więcej do dodania, no chyba, że jedną rzecz... Naumachia musi znaleźć kogoś, kto profesjonalnie będzie nagłaśniał ich występy, bo jeżeli ten show nie był błędem w sztuce, to raczej nigdy nie zostaną dobrze przyjęci przez ludzi.
Następnym suportem miał być krakowski Crionics. Chwilowa przerwa techniczna pokazała nam panów, których mieliśmy za chwile zobaczyć w akcji. Szczególną uwagę przykuła osoba Rafała "Brovara" Brauera, basisty tegoż bandu. Wszystko dzięki twarzy całej pokrytej białym pyłem. W połączeniu z jego blond włosami facet wyglądał jak śmierć.
Przerwa był krótka i to się im chwali. Pierwsze spostrzeżenia z ich występu to to, że panowie zachowują się jak prawdziwe gwiazdy, co nie jest złe, gdyż technika i profesjonalizm wylewała się z każdego ich ruchu. Widać, że Crionics ma wyznaczony cel i dąży do niego wszelkimi możliwymi sposobami. Materiał przedstawiony przez nich to numery z ich ostatniej płyty, plus dwa utwory z ich najnowszej, jeszcze nie wydanej EP-ki „N.O.I.R.”. Pierwszym był „Scapegoat (Welcome to Necropolis)” a drugim był kończący cały set cover Immortal - „Blashyrk (Mighty Ravendark)”. Przez cały ich występ, najbardziej widocznym człowiekiem zespołu był perkusista, który dwoił się i troił, by pokazać, że stać go na zajebistą grę. Był to gość specjalny, niejaki James Stewart, który dołączył do Crionics na tę trasę. Powodem była druga praca Pawła Jaroszewicza, a mianowicie inny zespół. Paweł razem z Vader w tym samym czasie był w USA na trasie dwudziestopięciolecia Overkill. Dobre wrażenie zrobił również frontman. Przemyslaw "Quazarre" Olbryt dodał do muzyki Crionics normalne wokalizy i choć słabo było słychać jego ekscesy, to jednak to, co dolatywało do moich uszu było bardzo ciekawe. Publika pożegnała ich wielkimi brawami, choć nie specjalnie smutnymi, gdyż następnym zespołem, który miał nas zaszczycić swoją obecnością miał być wrocławski Lost Soul.
Po ich ostatniej płytce, która zamieszała trochę na naszej biało-czerwonej polskiej szachownicy, każdy był ciekaw, jak nowy materiał sprzeda się na koncertach. Tak samo jak w przypadku Crionics nie trzeba było długo czekać na Jacka i spółkę. Grecki z nowym składem zaczęli od pierwszego utworu z „Immerse in Infinity”, czyli od „Revival”. Nie by to oczywiście jedyny kawałek z tego krążka. Usłyszeliśmy jeszcze „216”, „Breath of Nibiru” i „...if the Dead Can Speak”. Na tym ostatnim tłumy szalały, kawałek rządzi na koncertach. Miejmy nadzieje, że w przyszłości Lost Soul pójdzie jeszcze bardziej w tym kierunku. Poza tymi usłyszeliśmy jeszcze dwa kawałki, jeden pochodził z pierwszego dema, a drugi z płyty „Chaostream”.
Death metalowa masakra, tak można podsumować ich występ. Choć sam nigdy nie byłem wielkim fanem tego bandu, to jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że Lost Soul królują na scenie. Ale jak to bywa w życiu, to co dobre, szybko się kończy i Wrocławianie zeszli z desek sceny. Nadchodził czas na gwiazdę wieczoru...
Rotting Christ od pierwszy taktów wywołał chaos latających ciał pod sceną Estrady. Ogólnie rzecz biorąc, utwory, jakie zaprezentowali, to w przerażającej większości kawałki z ich ostatniej płyty „Aealo”. Między innymi usłyszeliśmy „Eon Aenaos”, „Demonon”, „VrosisNoctis Era”. Ale pojawiły się też kompozycje z trzech poprzednich albumów. Najlepiej przyjętym był „In Domine Sathana”. Na nim publika oszalała doszczętnie, skandując razem z Sakisem refren. Las rąk, krzyki dziesiątek gardeł, zapach potu i ogólny chaos. Tak to wyglądało w oczach obserwatora.
Zabawa była przednia, piwo lało się strumieniami do gardeł obserwatorów, jak i również na ich ubrania. Sakis poruszał publicznością, zachęcając wszystkich do wspólnych harców pod sceną, ale nie było to potrzebne, starczyła muzyka. To ona wydobywała z polskich fanów Rotting energię, która mogłaby napędzić niejedną wielką maszynę. Rotting Christ jako jedyni bisowali. Inne kapele z podziwu godną dyscypliną schodzili ze sceny, robiąc miejsce na gwiazdę wieczoru. Show był niesamowity i jestem pewien, że jeżeli Grecy zawitają jeszcze kiedyś do naszego kraju, pojadę ich zobaczyć. Wam radze zrobić to samo, gdyż to kapela warta zobaczenia.
Czarne chmury zawisły nad Aelo Tour 2010. I w przenośni i dosłownie. Z serii 10 planowanych koncertów po Polsce 4 pierwsze z przyczyn oczywistych zostały odwołane. Kolejne stanęły pod znakiem zapytania z powodu tajemniczych pyłów wulkanicznych z miejsca o pięknej nazwie Eyjafjöll. Promotor trasy (Massive Music) miał poważne wątpliwości, czy nie odwołać całej trasy: "Byliśmy bliscy odwołania całej trasy, gdyż wcześniej z powodu żałoby i pogrzebu zmienialiśmy rezerwacje biletów trzykrotnie. Gdy się okazało, że i tym razem ich lot jest zagrożony, mieliśmy duże obawy, czy coś zdołamy zrobić. Zespoły czekają na decyzje o trasie, obsługa także, autobus od 3 dni szykowany do wyjazdu. Trasa się jednak odbyła, a jej pierwszym przystankiem, po 35 godzinnej podróży z Aten był katowicki MegaClub. Nie spieszyłem się zbytnio z Krakowa do Katowic (pozdrowienia dla wyrozumiałych panów policjantów tuż przed Dąbrową) - bo przecież koncert w tym kraju nie może zacząć się o czasie. Ten się zaczął - za co należą się brawa dla organizatora. Za nagłośnienie jednak - należą się baty. Choć ponoć taki megaclubowy urok.

Pierwszy na scenie na Żelaznej zaprezentował się poznański Strandhogg. Najbardziej blackowa kapela tego wieczoru, nieco przybrudzona corsepaintami nie zgromadziła jakiejś przesadnie wielkiej publiczności. Pod sceną było luźno, by nie powiedzieć pusto. Mnie się jednak podobało, muzyka prosta, agresywna, zła - taki powinien być dobry black.

Chwilę później, po całkiem sprawnej zmianie sprzętu grała już Naumachia. Spodziewałem się najbardziej wysublimowanej muzyki tej Nocy - niestety zawiodłem się. Po pierwszym, obiecującym kawałku, wszystkie kolejne, a zapowiadane jako ostatnie, były niemal takie same. Dla fanów pewnie fajnie. Ja zapamiętałem tylko utwórCenturion.

Największą niespodziankę sprawił rodzimy, z podwórka obok, Crionics. Panowie nie mieli szczęścia do dźwiękowca, jednak muzyka broni się sama. A ta - zdecydowanie najlepsza tego wieczoru. Porcja energetycznych dźwięków, miarowych rytmów wprawiała ciało w pozytywne kołysanie. Grupa ludzi pod sceną kołysała się nieco bardziej i to przez cały koncert. Występ iście gwiazdorski: kiece od Behemotha, muzyka nieco Emperorowa. Dla mnie osobiście jeszcze jeden duży plus - za światła. Mało kto chyba na to zwraca uwagę, dla mnie jednak, jako fotografa miało to kolosalne znaczenie.

Kolejna sprawna zmiana i na scenę wjechał prawdziwy muzyczny walec. Lost Soul przejechał publikę miażdżąc kości potężnym uderzeniem i bębenki przesadzonym nagłośnieniem. Ja naprawdę wiem, że to metal. A grać metal można tylko w jeden sposób ("play it fuckin' loud!!!). ale bez przesady. Nieśmiertelnej grupce pod sceną różnicy to jednak nie robiło, tam zrobił się prawdziwy młyn. Skojarzenia, jakie przychodziły mi na myśl obserwując koncert wrocławian to Decapitated za czasów Saurona. Solidna dawka śmiertelnego hałasu na sam koniec przy 216 dopełniła reszty.

Supporty, mimo, że aż cztery, jakoś szybko przeminęły, ustępując pola Grekom. A Ci pojawili się tuż po godzinie 22, w melodii Tylera Batesa pochodzącej z soundtracku do filmu 300. Wejście nie powiem, efektowne i efekciarskie. Koncert rozpoczął się od Aelo - bo jak inaczej - i świetnie nastroił publikę do wydarzenia, które właśnie się zaczynało. Dopiero teraz w Mega faktycznie zgęstniało i okazało się, że jednak na koncert przyszło więcej niż tylko parę osób - choć i tak mniej niż można by się spodziewać biorąc pod uwagę odsiecz z Krakowa. Występ zdominował materiał z Aelo (choć dla mnie zabrakło choćby Demonon Vrosis) i chyba nie ma się czemu dziwić, jako że tak nazywała się cała trasa. Wielkim nieobecnym dla mnie osobiście pozostała A Dead Poem - rozumiem, że staroć, ale jeden kawałek mógłby pojawić się dla przyzwoitości. Pozytywnym akcentem było Non Serviam, zagrane jako jedyny bis. Publika, mimo niezaawansowanego wieku widziała o co cho i utwór został przyjęty bardzo ciepło. Baty należą się ponownie dla człowieka od nagłośnienia za brak mikrofonu na głównej kapeli wieczoru. Gdy wokal sie przerywa na koncercie Kazka z osiedla obok, to można wybaczyć. Ale można by sie nieco bardziej spiąć i nie robić obciachu przed kapelą, która tłukła się busem 2000 km a na scenie gra niemal 20 lat. Tak sobie myśle...
Summa summarum - koncert dobry. Aż dobry i tylko dobry. Po kapeli tego bądź co bądź niemałego formatu można spodziewać się więcej niż ledwie 80 min grania i to głównie jednej, ostatniej płyty. Supporty były dla fanów, moim zdaniem można by je dobrać nieco trafniej. Dźwięk - na minus. Piwo - na minus (za barem odlewali, "bo piana"). Cena za bilet - duży plus. Nie oszukujmy się: dziś za 35 pln można conajwyżej zobaczyć wspomniana już wcześniej kapelę Kazka z osiedla obok.
Tymczasem, w imieniu Radia Panteon zapraszam na pozostałe koncerty Aelo Tour 2010!
Zapraszam również na stronę Radio Panteon, gdzie można zobaczyć galerię zdjęć z koncertu!
Ish
Koniec roku anno 2009 w Krakowie stanął pod znakiem Czerni.
Finale in Black, impreza, którą uświetniły swą obecnością gwiazdy formatu największego - jak Satyricon czy Shining, miała miejsce 13 grudnia (sic!) w krakowskim klubie Studio. Jako supporty, bądź też: gwiazdy formatu znikomego, wystąpiły: znany zaledwie garstce Posthum i Dark Fortress.
Otwierające imprezę Posthum nie zrobiło przesadnej furory wśród publiki. Ot, wyszli, zagrali, nawet nie bardzo sie poruszali. Dla mnie osobiście Posthum to próba rekompensaty za odwołany występ nieporównywalnej Negury Bunget. Tym razem jednak (!) to nie organizator zawalił sprawę, jak to zwykle bywa w naszym polskim sosie, ale sama kapela. Z przyczyn wewnetrznych sporów, braku porozumienia między soba i ogranizatorem chyba też, odwołali swój udział. A szkoda - bo Negura idealnie pasowałaby do tego zestawu wnosząc nieco mistycyzmu i surowości Karpat.

Występ Dark Fortess, niestety, zmuszony byłem opuścić. Z jednego kawałka, który widziałem zapamiętałem wesoło pomalowanych panów, skóry i tego typu asortyment. Słowem - dobry black metal - jakiego chyba większość zgromadzonych tego dnia w Studio oczekiwała. Ludzie reagowali żywotnie, czyli jako support spełnili swą role.
Jako następny, a przedostatni wystąpił przez wielu oczekiwany (przez część nawet bardziej niż Satyricon) Shining. Wspomnieć należy, że primo - nie znam tej muzyki segundo - to był ich pierwszy występ, jaki miałem przyjemność oglądać. Zatem, zupełnie subiektywnym ishowym okiem, oceniam występ na 3 w skali szkolnej - monotonna, smętna muzyka (ale chyba taki powininen być depressive black, czyż nie?), problemy z prądem, przerwany występ i grecka miłość pokazywana na scenie. Mnie zniesmaczyło - choć wielu czekało na więcej. Nie było cięcia się, przypalania ani innych tego typu ekscesów. Choć, znów, tak chyba być powinno - jak w muzyce Shining - brudno i destruktywnie. Fani gatunku nie dostali tego co chcieli, pozostali - przeciwnie, z nawiązką. Muzycznie: pozytywnie.

Dłuższą chwilę przyszło Nam jednak czekać na rozbłysk gwiazdy tej nocy. Tuż po 22 na scenie, w towarzystwie miarowo wybijanego rytmu i oparach dymu pojawił się Satyricon. I ... od razu przeszli do rzeczy. Zagrany jako trzeci Now, Diabolical podnióśł temperaturę w klubie o dobre kilka stopni. Oto bowiem dane Nam było oglądać Satyricon - najwyższą światową półkę. Nie było niespodzianek i nie miało być - porządna porcja dobrego black'n'rollowego grania. Dominował, oczywiście, materiał z The Age of Nero oraz Now, Diabolical. Ale i fani starego dobrego blackowego grania znaleźli coś dla siebie ( Forhekset z ubóstwianej przez tłumy Nemesis Divina). Atmosferę, już gorącą podsyciły jedne ostatnie tego wieczoru utworów Die by my Hand oraz K.I.N.G. Zwłaszcza na pierwszym z wymienionych utworów widać wyraźnie było, jaką lekkość zachowuje Satyr na scenie. Świetny kontakt z publika (choć wiele nie mówił), zagrzewanie do zabawy ("are sleeping out there?") - słowem: lew sceniczny.

Po K.I.N.G nastąpiła krótka przedbisowa przerwa. Przed pierwszym bisem, którym było Fuel for Hatred, zespół został szybko wywołany gromkimi okrzykami Sa-ty-ri-con! Przed drugim... publika nie skandowała już nazwy kapeli. Nie, całą salę wypełniły okrzyki "Mother North"... Przyznam, że nieczęsto juz miewam gęsią skórkę na koncertach. Czy za sprawą zaawansowanego wieku ( :P ) czy też faktu, że niejedno już widziałem - nieważne. W tamtej chwili jednak czułem mrowienie na całym ciele. Gdy setki gardeł zaczęło nucić basowe oooo-ooo ooo ooooo, napięcie sięgnęło zenitu. To było jak oczekiwanie na nieuniknione. Coś, co miało dopiero nadejść, a co każdy chował gdzieś w swoim sercu.
Mother North.

Koncert świetny, ukoronowanie roku. Profesjonalne, dobre metalowe święto. Podziękowania równiez należą się organizatorom koncertu - KnockOut Productions - za to, że stanęli na wysokości zadania i nie skrzywdzili kapeli tego formatu klubem pokroju "Loch Ness". Jedyne, co czego można sie przyczepić, a co robię konsekwentnie - to pseudoochrona. Ale wiem też, że KnockOut nie ma wpływu na ochronę w danym lokalu, a tych w Krakowie nie ma prawie wcale.
I dodać jestem zmuszony, że śmieszą mnie nieco te wszystkie wypowiedzi - czy to zasłyszane na koncercie, czy też w shoutboxach na portalu jednym, drugim jak to ludzie są zawiedzeni, że Satyr wygla tak, nie inaczej. Że włosy na żel, a nie piekne blond po pas. Że nie tru norwegian blek metal, a jakieś nie wiadomo co.
Ludzie, proszę: dorośnijcie.
To, co cieszyło mnie szczególnie to fakt, że sami artyści wydawali się świetnie bawić, co zresztą potwierdzają słowa zaczerpnięte z bloga zespołu: "What humbleness we all felt after having being greeted the way we were in Krakow. It was really moving. We will never forget."
W dziale Galeria Zdjęć znajduje się relacja foto z w/w imprezy. Zapraszamy do oglądniecia!
Neither will I.
i.
Masters of Rock w Czechach, to festiwal, którego nikomu chyba już przedstawiać nie trzeba. Przez 6 lat zdołał ugruntować swoją silną pozycję na mapie festiwalowej Europy. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod lupę heavy, power czy progressive metal.
Zimowa odsłona tej imprezy miała miejsce w Hali Novesta, w Zlinie, 28 listopada. Tego dnia z czeskiej gościnności mieli skorzystać klasycy gatunku jak Nazareth, Kreator, Njord - ale również goście specjalni, nieco spoza ram festiwalu: Leaves' Eyes, Sirenia, Atrocity, Elis i Stream of Passion. Każdy pewnie przyjechał do Zlina z pewnymi oczekiwaniami - albo zobaczyć występy Pięknych i Bestii albo dobregop heavymetalowego grania. Mnie osobiście skusiło to pierwsze (no i pivo... no i bramboraki ;) ).Europejska trasa Beauty and the Beast miała swój przystanek końcowy właśnie w Zlinie, na Winter Masters of Rock. Silny, tradycyjnie powerowy skład został ubogacony, raczej: ugłaskany nieco, przez anielskie wokale Sandry z Elis, Liv Kristine z Leaves Eyes czy Pilar z Sirenia. Na miejsce przybyłem nieco przed 14 (no przecież bedzie obsuwa... ), czyli godzine po otwarciu bram. Mylne okazało sie moje załozenie, zapomniałem, że Czesi, podobnie jak Niemcy festiwale robić potrafią. Cały program dopięty był na ostatni guzik, opóźnienia zaniedbywalnie niewielkie, no i potężna spożywcza infrastruktura - Pilzner co 20m, merchandise, a na zewnątrz hali - klobasy, bramboraki z syrem, parek w rochliku, świnka z grilla i jeszcze więcej piwa - słowem wszystko to, co metalowemu maratończykowi w taki dzień jest potrzebne! Z lekkim uśmiechem wspominam teraz nasze rodzime Metalmanie, gdzie z piwem trzeba obchodzić się w przejściu pod skrzyżowaniem przy Spodku czając się coby dzielni stróże prawa nie wlepili mandatu. Wiadomo - alkoholizm to jest choroba, jak spiewa artysta, wiec MMP nie bedzie przykładało ręki do rozpijania młodzieży na imprezie kulturalnej. No, ale wracając do meritum - czyli do muzyki. Elis zagrało conajwyżej poprawnie, nieco kwadratowo. Może komuś się podobało - a może staremu tetrykowi jak ja minęły czasy, kiedy skąpo odziana pani o wątpliwym moim zdaniem głosie wystarczała do dobrej zabawy koncertowej. Sam nie wiem kiedy zeszli ze sceny, którą to zajęli muzycy z Atrocity. Tutaj już nie byłem zawiedzony nawet na moment! Cały niemal repertuar kapeli pochodził z płyty Werk'80 - czyli stare dobre covery, jak Tainted Love, Shout czy otwierający koncert The Great Commandment Smaczku ( raczej pieprzu... ) dodawały dwie skąpo odziane ( raczej rozebrane ) panie. Nie powiem, prosty az skuteczny chwyt! Atrocity zgromadziło sporą publiczność - czy to za sprawą erotic show czy przebojów z lat .80 które niemal wszyscy znamy... nie dowiemy się już pewnie nigdy :).

Następna w kolejce była najbardziej oczekiwana przeze mnie Sirenia. Norwegowie zapewnili 50 min dobrej rozrywki, nie można im tego odmówić. Czasy At Sixes and Sevens dawno przeminęły, teraz materiał dominowało 13th Floor i Nine Destinies... niemniej jednak i Meridian można było usłyszeć! Dla mnie osobiście to najpiękniejszy moment tamtego wieczoru. Przy Meridian uświadomiłem sobie, ze pazur Sirenii, teraz nieco już ztępiony, wciąż tam jest. Niespodzianek nie było, kawał dobrego metalsymfonicznego grania. Leaves Eyes również nie zawiodło, zwłaszcza fanów gatunku. Pierwsze zaskoczenie - Ci sami muzycy, co w Atrocity nieco tylko bardziej odziani. No i Liv Kristine... charyzmatyczna o syrenim śpiewie potrafiła nadać lekkości temu festiwalowi.

O najwiekszych gwiazdach festiwalu: Nazareth i Kreator nie będę się wypowiadał z racjji braku znajomości tematu oraz, przede wszystkim, szybkim zwinięciem żagli i powrót do kraju ojczystego przed ich występami. Ogólnie festiwal oceniam na dobry, dla fanów tego rodzaju muzykowania - bardzo dobry. Imponowała sprawność organizacyjna, brak kretyńskich zakazów, miła ochrona i dobre żarcie. Słowem - dobra zabawa! A o to chyba w festiwalach chodzi, prawda?
Zapraszam do obejrzenia wszystkich zdjęć z festiwalu Winter Masters of Rock, znajdziecie je w galerii.
i.
|
|