Poranek ostatniego dnia festiwalu, zastał jednych śpiących w namiotach, innych - wybierających wodę, ze swoich rozbitych naprędce i byle jak schronień. Nie można tu nikogo winić, pogoda zupełnie nie zapowiadała takich solidnych ulew, jak przetoczył się nad Vizovicami po koncercie Bloodbound. Szczęśliwie, deszcz nie uszkodził ani nie zalał nagłośnienia ani terenu festiwalu, więc ostatni dzień koncertów mógł odbyć się bez przeszkód. Swoją drogą, o ile lepiej i czyściej jest, kiedy teren imprezy - tak jak destylarnia gdzie odbywają się Masters of Rock - jest wybetonowana. Po takiej nocy nie trzeba się obawiać brodzenia po kostki w błocie, tylko wszystko jest co najwyżej mokre. Deszcz już nie pada, ale niebo jest zachmurzone i powietrze ma około 25. stopni. Nic dziwnego, że wśród festiwalowiczów zapanowało wyraźne ożywienie. Każdy może odetchnąć po ostatnich upałach. Co nie dziwne, przedpołudniowe koncerty, przyciągają więcej ludzi, niż wcześniej. Pierwszym zespołem, który przyciąga uwagę (i jest w dodatku pierwszy tego dnia), jest Euthanasia, grająca bardzo dobre połączenie poweru, heavy i folkowych brzmień. Szczęśliwie, nagłośnienie całego terenu festiwalowego jest na tyle dobre, że nawet ci, będący jeszcze na kempingu mają szansę usłyszeć ten zespół, mimo wczesnej pory. Kolejnymi, czeskimi zespołami, które zapadły choć na chwilę w pamięć był klasycznie heavy metalowy Harlej (kolejna lokalna gwiazda) oraz Arakain, łączący elementy thrashu, poweru i heavy. Część "gwiazd", otworzyła dzisiaj Lacrimosa - bardzo specyficzny zespół, grający muzykę, najbliższą chyba gothic rockowi. Choć pod sceną nie było tak tłumnie jak na lokalnych gwiazdach, to fani formacji na pewno nie zawiedli i można powiedzieć, że przyszły tylko osoby czujące tę muzykę. Po godzinnej dawce gotyku, przyszła pora na jedną z legend heavy metalu - Doro Pesch. Razem z Warlockiem, dała brawurowy koncert, z bardzo dobrym setem łączącym trochę nowych kawałków z takimi hitami jak "I Rule the Ruins", "All We Are", "Burning the Witches", ale także świetnym coverem Judas Priest "Breaking the Law" oraz - co wpisuje się w tegoroczne sety zespołów - hołdem dla Dio, w postaci coveru "Egypt - The Chains Are On". Godzina szybko minęła i na scenie pojawił się najbardziej chyba enigmatyczny zespół festiwalu. Mowa o Unisonic, nowym tworze Michaela Kiskego. Właściwie nikt nie wiedział co i jak będą grać - jak się okazało, był to najbardziej eklektyczny występ na całym festiwalu. Zacząć należy od tego, że Unisonic nie mają nagranego jeszcze ani jednego albumu, pojawił się jednak jeden ich utwór "Souls Alive". Na ile można było posłuchać, zapowiada się dobry, powerowy kawałek grania w wydaniu tej formacji. Lwią część setu, stanowiły jednak utwory innego zespołu Kiskego - Place Vendome. Co ciekawe, o ile na płytach, Place Vendome brzmi zdecydowanie hard rockowo, o tyle na koncercie, brzmieli jak dobry metal z czasów Helloween. A skoro mowa już o Helloween, to na sam koniec pojawiły się "Kids of the Century" oraz "A Little Time", które porwały publiczność. Z dokonań Place Vendome usłyszeliśmy: "Cross the Line", "Streets of Fire" czy też "Guardian Angel". Jak dla mnie - był to jeden z lepszych występów, choć bez fajerwerków i show. Po godzinie z Michaelem Kiske, byłem rozczarowany - ale bardzo pozytywnie, bo nie spodziewałem się tak dobrego grania, które znam, po formacji o której nikt nie potrafił powiedzieć więcej, poza, w zasadzie, jej nazwą. Następnie przyszła pora na Accept - jeden z dwóch headlinerów tego wieczora. Panowie wyszli, zagrali i porwali publiczność, tłumnie zgromadzoną przed sceną. Choć mnie, z braku znajomości tej kapeli, ciężko powiedzieć coś więcej o występie, reakcje fanów nie pozostawiają złudzeń, że nie licząć Manowara, bardzo duża część ludzi przyjechała właśnie na Accept. Ostatnim zespołem tego festiwalu (co mogło zaskakiwać), było Lordi. Jeśli ktoś kojarzył nazwę - a ciężko nie kojarzyć po wygraniu przez nich Eurowizji - wiedział, że może się spodziewać niesamowitego, kiczowatego show. Nikt się nie pomylił. Finowie zawładnęli sceną, na grubo ponad wyznaczone 75 minut i rozbujali dosłownie każdego. Na pewno udział w tym mają też ich wpadające w ucho kawałki i melodyjne refreny, niemniej absolutnie szalony show łączący w sobie kostiumy, rekwizyty i efekty pirotechniczne, po prostu nie mógł się nie podobać. Zagrali sporo rzeczy z ostatniej płyty, ale nie zapomnieli o swoich flagowych utworach jak "Hard Rock Hallelujah", "Devil is a Loser", "Would You Love a Monsterman" czy też "They Come Out at Night" - która zaśpiewana została wraz z UDO. Tak dokładnie, Udo Dirkschneiderem z krwi i kości, który świetnie wykonał swoją rolę, choć przy nienaturalnie dużych postaciach Lordi, wyglądał... interesująco. Cały set trwał około 100 minut (zamiast planowanych 75.) i był pięknym zwieńczeniem tego dużego, czterodniowego święta. A przed pierwszą w nocy, kiedy zgasły światła na scenie, zostało już tylko wrócić do swoich namiotów i myśleć o nadchodzącym rano wyjeździe.
Wojciech Kucza, Radio Panteon
W pogodzie jak dotad zadnych zmian. Trzeci dzien temperatur w okolicy 35"C, karetka wyjezdza srednio kilka razy na godzine zeby zabrac tych, ktorzy przegrali walke z upalem. Gazetowa pogoda zapowiada co prawda ochlodzenie i przelotne deszcze, ale to najwczesniej wieczorem. Do tego czasu, pozostaje tylko szukanie miejsca w nielicznych cieniach i dbanie o zapasy wody. Weekend na festiwalu zapowiadal sie bardzo pracowicie. 12 zespolow, grajacych od 9:30 (praktycznie od 9:45, wiec precyzja i organizacja Czechow naprawde na wysokim poziomie). Tych, ktorzy jeszcze spali, obudzil chorwacki Rising Dream, grajacy przyjemny power metal. Z innych mniejszych kapel tego dnia, bardzo na plus nalezy zaliczyc Legendy se vraci, ktory zajmuje sie coverowaniem najbardziej znanych kawalkow rockowych. Mozna wiec bylo uslyszec "Another Brick in the Wall II", "We Will Rock You" czy "Sweet Home Alabama". Do tego dobrze wykonane i w sam raz na taka ciezka pogode. Z zespolow, ktore warto jeszcze odnotowac, takze czeski, Skwor zagral dobrze, choc mial tez momenty znizkowe i trudno bylo skupic sie na tym co graja. Tradycyjnie juz, po "lokalnym" przedpoludniu, nadszedl czas na zespoly "swiatowe" i wiekszego formatu. Kwadrans przed 17. na scene wyszli Norwegowie z Communic. Znow byl to przyklad zespolu, ktory nie pasowal zbytnio do pogody i ogolnego brzmienia festiwalu. Zdecydowanie na plus, jednak rozbudowane i dlugie utwory, przy pelnym sloncu nie pozwalaly w pelni docenic Norwegow. Takze set dluzszy niz godzina pewnie by im pomogl. Wrazenie jednak, jak pisalem wczesniej, pozostawili dobre. Po Communic, przyszedl czas na polski akcent w postaci naszego glownego towaru eksportowego: Behemotha. Zdecydowanie najbardziej ekstremalna kapela festiwalu, jak zwykle dala swietny show, prezentujac zrownowazony set kawalkow starych i nowych. Zebrali tez lwia czesc polskich fanow w pierwszych rzedach pod scena. Po godzinie ekstremalnego grania, nadszedl czas na Primal Fear. Zespol majacy swe korzenie w Gamma Ray, a takze konotacje z Judas Priest, dal piekny show, ktory rozruszal fanow heavy metalu w kazdym wieku. Godzine ich grania wypelnily stare hity jak "Nuclear Fire", "Final Embrace", "Chainbreaker" czy "Metal is Forever" przeplecione kawalkami z najnowszego albumu: "Riding the Eagle", "16.6" i "Killbound". Godzina minela szybko i nastepny w wieczornym zestawieniu na scenie pojawil sie kanadyjski Annihilator. Zagrali dlugo i tak jak trzeba, z dosc slabych ostatnich dwoch dokonan plytowych pojawily sie tylko 3 utwory, reszta setu to przeboje jak "Alice in Hell", "King of the Kill", "Set the World on Fire" czy "Plasma Zombies". A do tego w trakcie ich wystepu prognoza zaczela sie sprawdzac i na niebie pojawily sie pierwsze blyski nadciagajacej burzy. Niebo nie przestawalo rozswietlac sie od blyskow (choc nie bylo slychac grzmotow), kiedy na scene wyszla stara gwardia pod postacia Gamma Ray. Przywitani takimi samymi brawami jak Manowar wczoraj, rozpoczeli od "Gardens of the Sinner". Powracajacy po dluzszej przerwie, otrzymali naprawde cieple powitanie, a do tego mysle, ze bardzo zywiolowe reakcje publicznosci tym bardziej pokazaly, ze maja rzesze wiernych fanow. Wystep odbyl sie bez fajerwerkow, ale z milymi akcentami, jak bardzo rozbudowane solo perkusyjne Dana Zimmermana. Z utworow nie zabraklo niczego: "Armageddon", "Send me a Sign", "Abbys of the Void", ale grali takze absolutne hity Helloween jak "I Want Out" czy "Ride the Sky". Poltorej godziny grania zlecialo jak z bicza strzelil, a na koniec zostal szwedzki, bardzo powerowy Bloodbound, ktory zatrzymal jeszcze troche ludzi, choc wiekszosc zaczela wracac do namiotow, w sam raz zeby zdazyc przed pierwsza z trzech ulew, ktore tej nocy przetoczyly sie nad Vizovicami.
Wojciech Kucza, Radio Panteon
Tematami przewodnimi tegorocznego festiwalu zostana: upal oraz radosny okrzyk "hovno!!!". Kilka slow o kazdym z nich. Upal jest morderczy. W namiotach od okolo 10. panuje zaduch i temperatura zblizona do finskiej sauny. Nieco lepiej jest na zewnatrz, gdzie czasami lekko wieje, ale w zamian trzeba stac w pelnym sloncu. Na terenie festiwalu jest nieco lepiej, namioty oferuja troche cienia, ale panuje w nich zaduch. Niektorzy, nie zwazajac na watpliwa jakosc wody, wybieraja kapiel w rzeczce plynacej przez Vizovice, ktora moze nie nalezy do najczystszych ale jest mokra i chlodna. Co nie zaskakuje, od rana do mniej wiecej 15-16. pod natryski ustawiaja sie dlugie kolejki. Na szczescie, wody - tak tej do picia, jak i do mycia nie brakuje. Jesli chodzi o ten zagadkowy, czeski okrzyk - slychac go najczesciej na kempingu, kiedy przerzucaja sie nim grupki biwakujacych tam czechow. Przeznaczenie tego zawolania jest dla mnie nieznane, podejrzewam ze jest to pewnego rodzaju okrzyk rozpoznawczy. Jakby nie bylo, zaczyna byc wesolo, kiedy slowo "hovno!" jest wykrzykiwane na rozne sposoby, czasem nawet z melodyjnym zaspiewem. Potrafi tez byc niezla pobudka. Drugi dzien Masters of Rock zostal zdominowany przez fanow i zespol Manowar, ktory jest najwieksza gwiazda tego dnia. Ale to dopiero pozno wieczorem. Wczesniej, tradycyjnie: troche mniej znane zespoly, jak powerowy i energiczny Metalforce z Niemiec. Thrashowy Destruction, zagral jak zawsze na poziomie, choc mozna bylo odniesc wrazenie, ze nieco nie pasowal do panujacej pogody. Z zespolow "rodzimych" na mnie najlepsze wrazenie pozostawil Visaci Zamek, grajacy na pograniczu hard rocka i power metalu oraz slowacka Tublatanka, bedaca przedstawicielem bardzo popularnego i u nas klasycznego hard rocka wpadajacego w heavy metal. Znow, sadzac po reakcji publicznosci, byla to lokalna gwiazda, porownywalna popularnoscia do naszego Turbo czy TSA. Po Tublatance, przyszedl czas na zespoly zagraniczne, a stawke otworzyla holenderska Epica. O ile poprzedni zespol mocno zagescil towarzystwo pod scena, tak Epica praktycznie zapelnila caly teren koncertowy. Ich zestaw byl bardzo rowny jesli chodzi o kawalki stare jak i nowe. Simone jak zawsze przyciagala spojrzenia (i to nie tylko meskie), choc mozna bylo dostrzec ze jeszcze takie wystepy mocna ja stresuja. Ale vizovicka publicznosc okazala sie bezkonkurencyjna i z pewnoscia nie dala holendrom ani przez chwile poczuc sie zle. Po godzinie z Epica, na scenie pojawili sie amerykanie z Queensryche (rozpoczynajac dominacje USA na scenie tego wieczora). Dziwny to zespol, progresywny chyba z powodu braku lepszego okreslenia ich skomplikowanej muzyki. Technicznie - grali swietnie, ale publiki nie porwali. Acz biorac pod uwage specyfike prog-metalu, chyba nie spodziewali sie szalejacych ludzi pod scena. Po Queensryche, przyszla pora na zespol bedacy wrecz symbolem tej imprezy, na ktory wszyscy czekali: Manowar. Mozna ich kochac, badz nienawidziec, ale trzeba przyznac, ze show zawsze maja swietnie opracowany, z duzym kontaktem z publicznoscia i "czyms ekstra". Eric Adams pokazuje, ze mimo uplywu lat, ciagle ma glos "jak dzwon". Niestety, przynajmniej dla mnie, od strony zestawienia, koncert byl wielkim zawodem. Zdominowany przez utwory z ich slabego, ostatniego albumu, ktore praktycznie byly wykonywane pod rzad. Z najwiekszych przebojow tylko "Swords in the Wind", "Black Wind, Fire and Steel" i "Warriors of the World". Publicznosc tez liczyla chyba na inny zestaw, bo o ile na "Warriors" caly festiwal spiewal i mial rece w gorze (i byl to absolutnie niezapomniany widok), o tyle na innych - glownie bawily sie pierwsze rzedy. A i te nie w calosci. Na zakonczenie jeszcze, calkiem dobry, cover "Heaven and Hell" i zwienczenie wieczoru: wielki pokaz fajerwerkow. Swietne widowisko, za ktore Manowar zebral zasluzona burze braw, jednak ogolnej slabosci setu, w moich oczach, nie uratowalo. Na sam koniec jeszcze amerykanski, powerowy Holyhell, ktory zatrzymal jeszcze czesc ludzi az do 2:30. Grali szybko i przyjemnie, acz potkneli sie na coverach "The Last in Line" i "Holy Diver", R. J. Dio. Publicznosc wybaczyla i przy radosnych okrzykach ludzi wracajacych do namiotow zakonczlismy drugi, upalny dzien festiwalu.
Wojciech Kucza, Radio Panteon
Transport zorganizowany, mozna jechac do naszych najblizszych sasiadow. Godzina wczesna, ale wyjazd o 4 zapewnia jazde po pustych drogach (co okazalo sie nie do konca trafione) i ucieczke przed upalem. Zgodnie z planem, do Vizovic dotarlismy chwile po 8. Ludzi bylo juz sporo, namioty widac wszedzie, nawet w dosyc dziwnych miejscach jak waskie pasy zieleni kolo drog. Generalnie obowiazuje zasada rozbijania sie w cieniu, ktorego nie ma zbyt wiele. Wiekszosc skazana jest na gotowanie sie w swoich namiotach lub krycie w przenosnych altankach ktore przywiezli znajomi. Sam teren festiwalu jest ogromny, latwiej powiedziec czego na nim NIE ma, bo od strony gastronomii, gadzetow i merchandisingu jest wielki wybor. Co zaskakuje (ale bardzo pozytywnie) to ceny. Wiadomo ze Czechy ogolnie sa tansze od Polski, ale tutaj nawet na terenie imprezy ceny nie sa zabojcze. Srednio, roznica miedzy tymi samymi towarami w miasteczku wynosi 10-15 koron (1kC = 0,16 zl), wiec jest to praktycznie niezauwazalne. Przykladowe ceny? Praktycznie dowolne jedzenie rzadko przekracza 50kC, zimne napoje to wydatek rzedu 30 koron za 0,5l, piwo - cala plejada cen nawet od 10 "az" do 45kC. Najciekawszy jednak jest merchandising; koszulki sprzedawane sa po ok. 250kC, natomiast plyty, ktorych wybor na paru, niewielkich w sumie stoiskach, jest wiekszy niz u nas w duzych sklepach, a ceny? O niemal polowe nizsze niz u nas w kraju. Najdrozsze, kosztuja w granicach 450 koron, a srednia to 250-350, co powinno mowic samo za siebie. Jesli chodzi o przygotowanie strefy koncertowej, rowniez nie mozna Czechom nic zarzucic. Sama scena i plyta zajmuja powierzchnie podobna do boiska pilkarskiego, z wylanym asfaltem. Do tego - dwa telebimy, na ktorych siedzacy na trybunach i stojacy dalej moga ogladac wszystko bez zadnych problemow. Trzeci ekran znajduje sie naprzeciwko duzego namiotu z lawkami, mniej wiecej posrodku strefy z jedzeniem i napojami. Naglosnienie - bez zarzutu, stojac w okolicy trybun zespoly sa slyszalne czysto i wyraznie - nie niwzcza bebenkow ani tez nie ma sytuacji zeby jeden instrument zagluszal inme. Oczywiscie jesli ktos woli wiecej mocy, moze stanac pod scena gdzie jest najglosniej. Koncerty slychac takze swietnie na blizszych kempingach, wiec nie ma mozliwosci ominiecia ulubionych zespolow. A jesli ktos szczesliwie ma namiot w cieniu, moze tez w komfortowych warunkach posluchac komcertow. Same zespoly takze bez zarzutow. Faktycznie, nie ma przesady w zapowiedziach organizatora, ze zaproszone sa tylko najlepsze, czeskie kapele. Z tych grajacych pierwszego dnia najlepsze wrazenie zrobila Salamamdra, grajaca solidny power metal, oraz wykonujaca utwor-hymn tegorocznego festiwalu razem z Sabatonem. Takze lokalna gwiaza (jak domyslam sie po reakcji czeskiej czesci publiki) Horkyze Slize, grajacy szalona rockowo-alternatywna muzyke mocno rozruszala ludzi. Pierwsza z "gwiazdorskich" kapel byn Axel Rudi Pell, ktory zagral przyzwoity acz nie nadmiernie porywajacy koncert. Mozna bylo uslyszec kilka szybkich kawalkow jak "Fool Fool", "Rock the Nation" czy "Strong as a Rock". Dominowaly jednak bardziej rozbudowane jak "Casbah" "The Masquerade Ball" czy "Mystica". Pokaz techniki Axela swietny, acz troche zbyt statyczny (choc spiewajacy Johnny staral sie jak mogl). Grajaca po nich Tarja pokazala, ze swietnie radzi sobie bez Nightwisha, a towarzyszenie orkiestry ze Zlinu dopelnilo operowego brzmienia jej kompozycji. W miedzyczasie pokazal sie Mike Terrana, ktory dal krotki popis i juz mozna bylo oczekiwac na gwiazde wieczoru, czyli Sabaton. Szwedzi zagrali tylko niewiele ponad godzine, ale doslownie "wpadli" tylko na kilka godzin do Vizowic. Set wlawciwie bez zmian, powiekszony o utwory z nowej plyty, tym razem jako glowny polski akcent tworzyl utwor "Uprising". Dla Czechow, wykonali "Aces in Exile". Dzien pierwszy skonczyl sie okolo 2. w nocy i mozna bylo skorzystac z dobrodziejstwa chlodu nocy, by odpoczac przed kolejnym, goracym dniem.
Wojciech Kucza, Radio Panteon
W przedwakacyjnym, bardzo "plażowym" Kombinacie powrócimy do Ronniego Jamesa Dio, za sprawą najnowszego cover albumu Jorna Lande. Posłuchamy także, jak inni próbowali śpiewać jego utwory. A biorąc pod uwagę zbliżający się festiwal Masters of Rock, odświeżymy nieco mniej znane zespoły biorące w nim udział oraz odpłyniemy na chwilę w bardzo rockowe klimaty.
W środę o 20:00 bardzo wakacyjnie, zaprasza jak zawsze Wojciech Kucza
Plecak spakowany? Namiot gotowy? Azymut Vizovice, Czechy? Już dziś, w ramach rozgrzewki przed festiwalem Masters of Rock, posłuchamy klasycznej odmiany metalu.

Przybądź tuż po 21, jeżeli wybierasz się na największy w tej części Europy zlot fanów muzyki heavy/power! Przybądź tym bardziej, jeśli na festiwalu Cię zabraknie. Tylko u Nas, zupełnie za darmo, podobna porcja dobrej muzyki! Kill!!!
Drodzy słuchacze:
nie wiem, czy gwiazdy są na tyle w porządku, by dzisiejszy program odbył się na pewno. Dokładam wszelkich starań, odprawiłem już kilka rytuałów i inkantacji do Nyarlathothepa i Yog - Sothotha, jednak nie jestem pewien, czy Wielcy Przedwieczni mnie usłyszą i przychylą się do moich wołań. jeśli nie, zaprzęgnę wszelkie siły wszechświata, by za tydzień gwiazdy były w porządku.
tak, czy owak, zapraszam na 18:30 do biura. nawet jeśli nie będzie programu premierowego, zaprezentujemy coś z lamusa.
niech gwiazdy będą w porządku!
Tomek Nautilus
|